czwartek, 14 sierpnia 2014

Jak u Małego Księcia. I trochę paskudnych wpomnień.

Wychodząc dziś na balkon, poczułam się jak Mały Książę.
Mam swoją pachnącą różę, i mam swego Liska.


Rok temu jednakże, o tej porze lata, rwałam włosy w głowy, a Lisek tkwił w... klatce na króliki. Energiczny, zdobywający świat, rozpierany przez radość życia Bolusiński zamieszkał w klatce na prawie dwa miesiące.
Pewnego dnia wybrał się bowiem na polowanie z nagonką. Ofiarą była mucha. Polował w mieszkaniu, oczywiście. Latał, biegał, podskakiwał, a w tle niemal słychać było grę Wojskiego na rogu. Nagle mieszkaniem wstrząsnął huk, potem ciszę rozdarło rozdzierające miauknięcie, a następnie znalazłam Bolutka, który zbierał swą pręgowaną osobę spod niewielkiej (!!) szafki w przedpokoju i ruszał na poszukiwanie umykającej mu zdobyczy, mocno... kulejąc.
Krótka dedukcja pozwoliła mi wysnuć wniosek, że pechowy myśliwy najpierw skoczył na niewysoką szafkę, a z niej, kierowany szałem i pasją - na ... górną krawędź otwartych drzwi. Skąd się z hukiem złomotał.
Najpierw założyłam, że się po prostu potłukł. Wieczorem jednak pojechałyśmy z Beatką (pozdrawiam!) do lecznicy. Tam zaaplikowano pechowcowi jakieś środki przeciwbólowe i kazano odczekać trzy dni.
Poprawy nie było, a po trzech dniach zaistniała diagnoza cokolwiek koszmarna: pozrywane więzadła w tylnym kolanku. Konieczna operacja, założenie implantu i... rekonwalescencja w klatce. Miesiąc lub dwa. Kot bowiem nie może skakać.
Borze szumiący... Byłam zdruzgotana. Nie operacją nawet, ale tą klatką. Jak bowiem ulokować barwnego motylka w klatce na tyle czasu?? Kotka, którego życiowym celem jest zabawa i hopsanie!
Zaczęliśmy działać. W lecznicy na Giszowcu (możecie to traktować jak reklamę lub dowód mojej bezgranicznej wdzięczności) doktor Bojarski wykonał koronkową operację. Przywiozłam Bolusińskiego do domu i się zaczęło...
Kot dostał szału po narkozie. Miał ewidentnie zwidy, majaki, CZEGOŚ się śmiertelnie bał. Rzucał się po całej klatce, szalał i ugryzł mnie tak, że sama wylądowałam u lekarza.
Dużego przy nas nie było, a ja miałam wówczas tak dość wszelkich kocich spraw i problemów, że to wtedy właśnie blog umarł. Na szczęście śmiercią kliniczną.
Wypadek Bolutka bowiem, to nie wszystko.

Jednocześnie szczawiany zatkały Misiowi cewkę moczową. Miał operację pęcherza. Doktor Bojarski znów wykonał ją perfekcyjnie (nawet nie było krwi podczas oddawania moczu), ale Misiowi włączyły się w tym momencie zaburzenia behawioralne. I choć był wyleczony, choć wszystko się goiło, Miś o określonej porze, a dokładnie między 10.00 a 12.00 sikał jak szalony.
Nie rozumieliśmy, co jest. Miś dostawał coraz to nowe zastrzyki - i sikał coraz to bardziej. Z wybiciem godziny 12.00 sikać przestawał.
Wreszcie olśniło mnie, że on tak sika obłędnie, bo kojarzy sobie te godziny z porą dawania zastrzyku. Po 12.00 nigdy puchatka nie kłułam, bo mijała odpowiednia pora. Odstawiłam zatem wszystko, z zastrzyków zrezygnowałam i mój biedny plastuś się naprawił.
Czy to koniec? Naprawiony Miś i Bolek w klatce? Skądże znowu.

Również Joż uznał, że jest wyłączony z ogólnej zabawy i dostał zapalenia pęcherza. Czy się przeziębił, czy nerwowo reagował na nieobecność Dużego - tego nie wie nikt. Dość powiedzieć, że miałam ochotę płakać na samo słowo "kot".
Wakacje były nieustającym koszmarem: zastrzyki, dziki upał, który znoszę fatalnie i w którym nic się nie goi, zamknięty, bo wówczas jeszcze nieosiatkowany balkon, załamany kot w klatce, dwa kolejne koty - sikające i z deprechą, a wszystko to skąpane w potwornym, mdlącym, wszechogarniającym, chemiczno-duszącym i doprowadzającym mnie do szaleństwa AROMACIE LAWENDY. Skąd lawenda, zapytacie? Z obróżek feromonowych, które nosił i Miś i Bolo. Lawenda mnie dobiła, lawenda była gwoździem do trumny.

Boluś początkowo sobie nie radził. Szarpał usztywnienie nóżki, ściągał opatrunek, nie umiał załatwiać się do kuwety, nie jadł, wylewał wodę, strasznie się denerwował, syczał, prychał, rzucał.
Gdy - podkręcające także mój fatalny nastrój - upały minęły, życie stało się łatwiejsze. Miś i Jożo się naprawili. Bolek wydawał się pogodzony z losem. Po miesiącu zaczęłam go wypuszczać z klatki. Nauczył się, że o określonych porach wychodzi i czekał na te chwile jak piesek. Tyle, że... natychmiast po wypuszczeniu zaczynał SKAKAĆ. Przedziwnym sposobem opatrunek poza klatką mu nie przeszkadzał. Zdolności adaptowania się tego kota do najgorszych warunków są zadziwiające. Bolek kicał jak zając, na trzech nóżkach i z wielkim, sztywnym konstruktem na czwartej. A miał NIE KICAĆ.
Cóż mogę rzec ponad to? We wrześniu wróciłam do pracy, po zajęciach zaś pilnowałam Bolka. Wychodzenie na wiele godzin skutkowało tym, że kocisko nie jeździło mi po sumieniu, błagając o wypuszczenie na wolność. I powoli się goiło.

Wczesną jesienią zdjęliśmy opatrunek i ogarnęła mnie zgroza. Nóżka była jak zapałka, kot ją za sobą ciągnął, nie posługiwał się nią wcale, jakby nie istniała. Ale doktor mówił, że do grudnia będzie dobrze.
I było.
Dziś Bolek szaleje jak dawniej. Feralnej szafki w naszym mieszkaniu już nie ma. Na widok jego polowań dostaję herzklekotu, a gdy ktoś mówi przy mnie o tym, że kot spada na 4 łapy, mam ochotę - za przeproszeniem i z całym szacunkiem - walić bezmyślnego rozmówcę w durny łeb bez ostrzeżenia.
Konsekwencje wypadku Bolka wlokły się od lipca do grudnia. Leczenie, operacja, środki przeciwbólowe, zastrzyki przeciwzapalne, pochłonęły około... - nie, nie napiszę, ile, bo jeśli trafi tu kiedyś ktoś nieodpowiedzialny, uzna, że kota w takich przypadkach leczyć nie warto.
Wierzę tylko głęboko, że wszyscy, którzy tu zaglądają mają pozabezpieczane okna. Unikajmy takiego bólu, stresu, wydatków, gdy tylko się da. W przypadku Bolka uniknąć się nie dało, ale minimalizujmy zagrożenie, jeśli to tylko możliwe.
Dokumentacja zdjęciowa - wkrótce :)

13 komentarzy:

  1. Łezkę uroniłam , choć już kotki zdrowe ... Bardzo miałaś ciężki okres , jak jakaś plaga egipska :(
    Mnie też mierzi na te słowa o kotach spadających zawsze na cztery łapy ://
    Wygłaszcz całe stadko od nas :-))
    A dla dzielnej Pańci uściski !

    OdpowiedzUsuń
  2. To jest dowód na to, że nie da się przewidzieć kocich pomysłów, wszystko zdarzyć się może. Przechodziłam zapalenie pęcherza z dwoma kotami, chore nerki i wiele innych, wiem jakie to bywa wyczerpujące psychicznie (aspekt finansowy także pominę), bo człowiek by chciał wyleczyć, żeby zwierzę nie cierpiało, a futerko niekoniecznie chce współpracować.....problemy zwierzolubnych. Dobrze, że Boluś już zdrowy i piękny ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czytałam, czytałam na wątku i martwiłam się bardzo Bolusińskim. Dobrze, że mały rozbójnik znowu może kicać i polować na muszki:) Pięknie o swoich kotkach piszesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. Łooo matulu. Ja nie wiem jak to jest, ale koty tym zapaleniem pęcherza u nas jakby się zarażały. Pomogło właśnie ogólne uspokojenie i to, że przestaliśmy latać "na wszelki wypadek" do weta. Kota w klatce przerabiali ostatnio moi rodzice - bardzo współczuję każdemu kto tego doświadczył - i kotom i opiekunom.

    Bardzo się cieszę, że jesteście.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie bij! koty spadają na cztery łapy ale z dużych wysokości:))z szafki w domu nie zdążył wydobyć z siebie swoich umiejętności:)z małych wysokości koty mogą sobie zrobić większą krzywdę niż z np 3 piętra:))O leczeniu kota coś wiem:)do dziś się śmieję,że w tyłku Franka jest pół mojej wycieczki do Grecji:)))i mamy za sobą mieszkanie w klatce przez miesiąc żeby nie skakał:)))z tym,że my wybudowaliśmy w salonie klatkę z desek na kompostownik,gdzie spał,jadł i się załatwiał:)))

    OdpowiedzUsuń
  6. łomatko... no dobrze, więc nie dziwię się temu zamarnięciu loga, w tej sytuacji rozumiem doskonale.
    ożywcze wakacje, że nie wiem co :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jak miło, że Mirmiłowo wróciło! Zaglądam tu od czasu do czasu w nadziei na nowy wpis. Mam nadzieję, że następne będą bardziej optymistyczne.
    Mój Totek miał więcej szczęścia, kiedy wyleciał z drugiego piętra. Kiedy zbiegłam na dół ujrzałam mojego futrzaka, jak w panice usiłuje się wspinać na pionową ścianę bloku, żeby wrócić do okna, z którego spadł i krzyczy po kociemu - Ja chcę do domu! Nawet nie kulał.

    OdpowiedzUsuń
  8. Oj pamiętam ten koszmar ale najważniejsze, że po roku wszyscy są zdrowi, w komplecie, szczęśliwi ze zmiany swojego miejsca na ziemi i cudownego balkonu z bajeczną różą :))
    Głaski i buziaki dla wszystkich futerek :-****

    OdpowiedzUsuń
  9. To sie koteczek nacierpial. Dobrze ze wrócili do zdrowia wszyscy trzej. Siatka to podstawa tez tak uważam , jednak z meblami w domu to trudno przewidziec jak sie kotkowi skoczy. A leczenie, operacje i wydatki tez mamy za soba, nawet nie wiedzialam ze tyle sobie odmówię dla moich kotysi ....
    Duuuzo mizianek dla Małego Ksiecia i jego dwóch towarzyszy przesyłamy ....zdrówka życzymy :-)
    Cieszę sie ze jesteście znowu :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak świetnie, że wróciliście - Ty i koty. Ależ miałam intuicję, by tu znowu zajrzeć...

    Bardzo mi przykro z powodu Polci :(

    Przeprowadzki gratuluję i cierpliwości do kocich wybryków również... :)

    Miranio, czy jesteś już po lekturze "Zrozumieć kota" ? Tam jest pięknie narysowane, jak kot spada "na cztery łapy" :) (ale, jak już ktoś napisał, tylko z dużej wysokości). Polecam w każdym razie i oczywiście czekam na wieści od Was ze Śląska (a Dolny to nie był Śląsk ?:)

    Pozdrawiam serdecznie
    Stała Czytaczka (ponownie:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Aniado, kot spada na cztery łapy. Ale czasami na jedną bardziej ;) Co też przytrafiło się biednemu Bolusińskiemu.
    Miziawki dla Mirmiłków
    MB&Ofelia

    OdpowiedzUsuń
  12. Jesteś, jesteś nareszcie ale się cieszę a już myślałam ze zniknęłaś na zawsze. Na szczęście nie. Na swoim blogu zaraz jutro umieszczę Cię znowu - jutro bo trudne u mnie a ten co umie dziś w Warszawie siedzi. :)
    Czytam Twój blog o książkach, ale wolę ten. :)
    I dodam że też mam psa i kota. Kotek nasz cudny od zeszłego roku w Maju roczek skończył gdzieś na blogu i zdjęcia i filmiki z najukochańszym są a sunia ma pół roku i ADHD dziś już troszkę lepiej bo nas wykończyła a z kotkiem się dogadują. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Boże...Ile męki kociej i Twojej.

    OdpowiedzUsuń