piątek, 13 lutego 2015

Nie śpi, nie pije, a biega i żyje...

- Wypiłeś mi kawę - skonstatowałam tonem nieznoszącym sprzeciwu, patrząc oskarżycielsko na męża.
- Bzdury. Nie ruszam twojej kawy. Niedobrze mi po kawie.
- To tylko taka przykrywka. Mój dziadek też tak mawiał, wypijając kawę mojej babci. Powiedz, że chcesz, to ci po prostu zrobię, a nie tak chyłkiem...
- Nie pijam twojej kawy, kobieto. Za to ty gwizdnęłaś mi mój soczek. Budzę się w nocy, a tu nie ma.
- Co za pomysł przedziwny! Zgagę mam od tych soczków. Nie ruszam twoich napojów.
- ... i rumianek. Też mi wypiłaś rumianek.
- No nieeee! Nienawidzę rumianku. Jak pragnę zdrowia. Pijam pokrzywę. Wiesz przecież. Rumianek jest obrzydliwy. O, właśnie, gdzie jest moja pokrzywa?? Wypiłeś! W ramach przeprosin, zrób mi nową kawę. Kurczę, nie wiem, no naprawdę nie pamiętam, kiedy wypiłam tę poranną...
- Daj kubeczek, to ci umyję.
- Eeee, wiesz, nie trzeba. Najwidoczniej już go myłam. Jest czyściuteńki. Ty, słuchaj, ja mam chyba zaniki pamięci, starzeję się, czy co...? Nie pamiętam, kiedy piłam kawę, nie pamiętam mycia kubka... Nie jest dobrze.
- Gorzej, nie pamiętasz, kiedy wypiłaś mi colę.
- Nie pijam coli. Jestem na permanentnej diecie.
- No proszę, nie pamiętasz też, że najwidoczniej zrezygnowałaś z diety.

...

- Dlaczego, wstawiając naczynia do zlewu nie zalewasz ich wodą? Jak ja mam teraz umyć ten talerzyk?
- Zalewam! Zawsze zalewam, teraz też zalałem.
- Nie zalałeś, nie ma oni kropli. Wszystko przyschło. No sam zobacz.
- Kurczę, głowę bym dał, że zalałem...

...

- Obudź się, obudź! Słyszysz?? Coś K.A.P.I.E !
- Dach przecieka?
- Nie wiem, ale tak dziwnie to kapie. Właściwie, posłuchaj, to nie kapie, a CHLIPIE. O, przestało. Chyba się przesłyszałam.

...

- Wypiłeś mi moje wapno.
- Nie piłem. Zapomniałaś sobie zrobić.

...

- Wypiłaś mi wodę!
-  Bzdury, mam swoją. Najwidoczniej wcale sobie nie nalałeś.

...

- Czemu ten kot tyle sika? Zapalenie pęcherza może ma?

...

- Gdzie jest woda po rybie?? Ta brudna.
- A gdzie ta z sodą, w której moczyłam obrączkę?!

...

- Patrz, znowu leci siku. Przecież on prawie nic nie pije... Ty, zauważyłeś żeby on w ogóle podchodził do miseczki? Martwię się. Nie pije, a sika. Nawet z fontanny pić nie chce.
- Czekaj, powiedz to jeszcze raz. Czego on nie robi?? Nie.. pi... pije !?!
- Boluś! Jasny gwincie! Co teraz? Czy woda z lekko przypalonym olejem może mu zaszkodzić? Co nam jeszcze wyparowało lub tajemniczo wyschło? Myśl! Cola, kefir, wapno, woda z sodą, pokrzywa, skrzyp, silny earl grey, mleczny oolung, Bolutku, kochany, czy ciebie bardzo boli brzuś? Pokaż brzuszek, skarbeczku. Piwo, wino, białe, czerwone, wymiotował?! Skąd. Co tu jeszcze na wierzchu stało w trakcie ostatnich tygodni? Herbata wiśniowa, sok z czarnej porzeczki, syrop imbirowy... Rosół, barszcz, pomidorówka, woda po ziemniakach... Śmietana, jogurt, mleko, olej po śledziach i woda po ogórkach...

- Ale to jeszcze nie powód do histerii - wtrącił Bolusiński, sadowiąc się zgrabnie w zlewie, w nadziei otrzymania nowych napitków. - Szczerze powiedziawszy niedobrze zrobiło mi się wyłącznie po mieszance oliwy z twoją maską do włosów. Tylko przez chwileczkę, podkreślam. Przez momencik. A przecież mogło być gorzej. Płyn akumulatorowy, nafta, bim... No nie patrz tak. Przecież wiem, że nie macie. Żałujesz kotu odrobiny płynów? Zero wdzięczności. Czyżbyś zapomniała, z czyjego powodu miałaś ostatnio tak wypucowaną ulubioną filiżankę? 





- Idzie ktoś?? 



- Nie? No to chlup!




czwartek, 5 lutego 2015

O czytaniu raz jeszcze :)

Czytanie kryminału w towarzystwie kotów to zadanie dla ludzi o mocnych, zaiste, nerwach. Urocze te stworzenia, zwykle demonstrujące całkowitą niezależność i dumę, niekiedy postanawiają bowiem zapałać do człowieka uczuciem.
I tak oto dziś w nocy, w godzinach bardzo późnych i mrocznych, Boluś - dostrzegłszy, że siedzę sobie z książką - postanowił mi głębię swego uczucia okazać. I gdy atmosfera wokół mnie, za sprawą dramatycznych opisów, zaczęła gęstnieć od grozy, gdy zapomniałam kim jestem, gdzie jestem i po co jestem... kotek zapałał!
... morderca czai się w sklepie - ... Boluś wtyka pyszczek w moje ucho...
... morderca przybywa do kancelarii... - ... Boluś jeździ mi ogonem przed oczami...
... morderca za sekundę zaatakuje... - ... Boluś wgniata mi pęcherz w kość ogonową...
... morderca czai się za plecami sekretarki... - ... Boluś strzela mi miłosnego baranka prosto w nos, tańczy chwilę i...
... zasypia... - odpychając się przez sen od mego żołądka
... śpi godzinę... - ... drętwieje mi dosłownie wszystko...
... śpi kolejną... - ... z niewygodny zaczyna mi się robić szaro przed oczami...
... śpi jeszcze kwadrans... - ... tracę czucie we wszystkim poza głową...

Ale oto wszelkie niewygody zaczynają blednąć, zbliżamy się bowiem do punktu kulminacyjnego powieści! Jest coraz mroczniej, coraz bardziej tajemniczo. Staram się zajmować sobą jak najmniej miejsca i nie myśleć o tych nieszczęsnych drzwiach wejściowych, które na pewno zamknęłam... Ale czy zamknięto również korytarz? Czy ta cisza nie jest podejrzana? Aż dzwoni w uszach... Czy nikogo na pewno nie ma za drzwiami? A pod fotelem?? Napięcie sięga zenitu, gdy...

... Boluś z dziko-radosnym kwikiem wyskakuje w przestrzeń, bo oto się obudził!!

Czytelnik umiera. 


środa, 4 lutego 2015

Zimowo :)

Dzień dobry, ach, dzień dobry! - powiedziałby zapewne Bolutek, gdyby znalazł chwilę na powitania. Świat nam zasypało, co budzi w kotach nieustające zadziwienie, a mnie romantycznie rozrzewnia. Tylko nie wspominajcie Dużemu o moim emocjonalnym porywie, bo gotów roztrząsać nieistotne szczegóły odnośnie samochodu, odśnieżania i takich tam drobiazgów.
Tymczasem zima upływa nam spokojnie, z książkami, kawą, wiecznie zajętym fotelem, do którego swych niepodważalnych praw - w kotokratycznym świecie - nie mogę jednak udowodnić. Cieszę się feriami i staram nadrobić blogowe zaległości, chociaż taki Boluś na przykład istoty ferii nie rozumie...

- Wstawaj, no wstawaj!! O borze szumiący, spóźnisz się!!! Jest już 4.15. Guzik tam - 14.16!! Jak ten czas zasuwa, mówię ci pędzi na złamanie karku! Wstawaj!!! - Bolusiński tańcuje po kołdrze, po głowie Dużego, mimo iż ten leży prawie martwy, powalony grypą, przy której dżuma to małe miki.
- Bolutku, dopiero skończyłam czytać... - jęczę, wcale nie mijając się z prawdą. Ze "Starego Ekspresu Patagońskiego" wysiadłam wszak o 3.55. Dwadzieścia minut snu to jednak niewiele.
Przyciskam zatem chudy kark futrzastego budzika do kołdry, zniewalam ramieniem, walka jest krótka, a pręgowana ofiara woli umknąć w popłochu niż narazić się na atak mej rozespanej czułości. Jest spokój, jest sen, są ferie, jest moc!

Dzień mija błogo. Kilka wcześniejszych dni poświęciłam na rozwijanie nowej pasji i udoskonalam blog książkowy. Mirmiłowo też udoskonalałam. Remonty trwały i trwały, czytelnicy wchodzili w różnych stadiach tegoż trwania i zapewne uciekali, by długo nie wrócić. Gdy nieco ochłonęłam po tym szaleństwie i zdecydowałam się na przejrzysty szablon, czytacze uprzejmie zauważyli, że po staremu było lepiej. Duży również spojrzał na moje dzieło i wycofał się w głąb siebie z lodowatym: ależ rób, co chcesz.
Pokornie wróciłam do początków. Do źródeł. Z rozczuleniem wielkim odnalazłam też w czeluściach internetowych nasze konkursowe zmagania. Obudził się we mnie sentyment. Jeśli będę pisać w miarę regularnie, może znów wystawimy puchatych do blogowego konkursu??

Ty się lepiej zajmij kontrolnymi badaniami, teraz, kiedy masz sporo czasu - ustaliłam rozsądnie sama z sobą, biorąc książkę i ruszając do sypialni. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ucichły tym samym biadolenia Czesia. Musicie bowiem wiedzieć, że akcja, która toczy się ostatnio w Mirmiłowie ma podkład muzyczny, a my całymi sobą staramy się do niego przywyknąć. Wyłączyć się bowiem nie da. To znaczy da, ale radykalnie i ktoś mógłby na nas słusznie donieść do odpowiednich służb. Częstotliwość owej ścieżki dźwiękowej może być określona mianem upierdliwie wysokiej, a charakter - depresyjnym i zgoła delirycznym.

Otóż Czesio wie, że są ferie. Czesio kocha czytać. Wróć - Czesio kocha jak Duża czyta, a on leży obok i ma miziane uszka oraz pychol. Czesio nie pojmuje, jak można rezygnować z jego upajającego towarzystwa i siedzieć przed komputerem, Czesio się sprzeciwia, Czesia dopada głębokie rozczarowanie i poczucie odrzucenia, a co za tym idzie ból istnienia, Weltschmerz, depresja, melancholia, burza i napór oraz poczucie, iż wszystko jest marnością nad marnościami. By dać wyraz swoim mrocznym i przytłaczającym poglądom, Czesław przez kilka godzin marudzi, narzeka, rozpacza, mamlasi, jęczy, gdera, poddaje w wątpliwość, analizuje w przygnębieniu, rozważa w smutku, docieka i drąży, a ja mam przed oczami czerwoną mgłę, trzęsą mi się ręce i kurczowo zaciskają szczęki. Wreszcie biorę książkę i idę. Atmosfera zaczyna panować iście sielankowa.
Ja czytam książkę, pyzaty terrorysta czyta e-book i jest dobrze. Godziny płyną, Mirmiłowo zasypia.


Gdy słońce przedziera się przez rolety i otula naszą sielskość swym zimowym światłem, budzę się z poczuciem, że jednak coś przegapiłam. Badania! - prostuję się natychmiast. Znów nie pojechałam! Zapomniałam nastawić budzik! Kruca bomba...
Ale, ale... Coś tu nie gra...

- Boluuuuuusiński!!! Gadzino! Dlaczego mnie nie obudziłeś!? Dlaczego akurat dziś postanowiłeś spać jak zarżnięty?!
- Moja droga... - Boluś wkracza na łóżko z miną bogini Bastet – Czy to nie ty apelowałaś wczoraj rozpaczliwie, bym zaprzestał wykonywania moich obowiązków, bo masz ferie??

_____________________

Kochani, stale i wciąż - odczuwając misję krzewienia czytelnictwa - zapraszam na całkowicie odświeżony, bardziej przejrzysty i nowoczesny BLOG KSIĄŻKOWY!!
Pomóżcie, proszę, troszkę go rozkręcić, bo dotąd niewiele się działo. Udostępniajcie, linkujcie, aby książka trafiała pod strzechy! 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Troszkę fotek.

Zanim przejdę do relacji nieco bardziej aktualnych, chciałam się z wiernymi czytelnikami podzielić garścią zdjęć, by udokumentować nasz półtoraroczny pobyt w nowym miejscu.
Tak oto wyglądał pręgowany nieszczęśnik w dwa dni po operacji. Nie wiedzieć czemu lubił leżeć w kuwecie i mieć nóżkę opartą niczym na wyciągu. Pod takim dziwnym kątem.


Tu zaczął "chodzić". Chciałabym rzec: "chodzić powolutku", ale chodzenie pacjenta odbywało się tak, że podkasywał pod siebie cały ten czerwony, sztywny konstrukt i zasuwał na trzech łapkach jak burza.



Prawdziwy dramat zaczął się po zdjęciu opatrunku. Bolusiński bowiem nie mógł wychodzić WCALE. Bardzo był smutny. Tragizmu dodawał kołnierz, zapobiegający degustacji szwów.


Wierny przyjaciel Miś odwiedzał Bolutka w myśl zasady "Więźniów nawiedzać, chorych pocieszać" i czuł się wyjątkowo szlachetnie. Misio tracił rezon, gdy Bolutek pomykał z opatrunkiem po mieszkaniu, śmiertelnie się bowiem tegoż opatrunku obawiał.


Dziś Boluś czuje się zadziwiająco dobrze. I nie rezygnuje z ulubionych rozrywek.






czwartek, 14 sierpnia 2014

Jak u Małego Księcia. I trochę paskudnych wpomnień.

Wychodząc dziś na balkon, poczułam się jak Mały Książę.
Mam swoją pachnącą różę, i mam swego Liska.


Rok temu jednakże, o tej porze lata, rwałam włosy w głowy, a Lisek tkwił w... klatce na króliki. Energiczny, zdobywający świat, rozpierany przez radość życia Bolusiński zamieszkał w klatce na prawie dwa miesiące.
Pewnego dnia wybrał się bowiem na polowanie z nagonką. Ofiarą była mucha. Polował w mieszkaniu, oczywiście. Latał, biegał, podskakiwał, a w tle niemal słychać było grę Wojskiego na rogu. Nagle mieszkaniem wstrząsnął huk, potem ciszę rozdarło rozdzierające miauknięcie, a następnie znalazłam Bolutka, który zbierał swą pręgowaną osobę spod niewielkiej (!!) szafki w przedpokoju i ruszał na poszukiwanie umykającej mu zdobyczy, mocno... kulejąc.
Krótka dedukcja pozwoliła mi wysnuć wniosek, że pechowy myśliwy najpierw skoczył na niewysoką szafkę, a z niej, kierowany szałem i pasją - na ... górną krawędź otwartych drzwi. Skąd się z hukiem złomotał.
Najpierw założyłam, że się po prostu potłukł. Wieczorem jednak pojechałyśmy z Beatką (pozdrawiam!) do lecznicy. Tam zaaplikowano pechowcowi jakieś środki przeciwbólowe i kazano odczekać trzy dni.
Poprawy nie było, a po trzech dniach zaistniała diagnoza cokolwiek koszmarna: pozrywane więzadła w tylnym kolanku. Konieczna operacja, założenie implantu i... rekonwalescencja w klatce. Miesiąc lub dwa. Kot bowiem nie może skakać.
Borze szumiący... Byłam zdruzgotana. Nie operacją nawet, ale tą klatką. Jak bowiem ulokować barwnego motylka w klatce na tyle czasu?? Kotka, którego życiowym celem jest zabawa i hopsanie!
Zaczęliśmy działać. W lecznicy na Giszowcu (możecie to traktować jak reklamę lub dowód mojej bezgranicznej wdzięczności) doktor Bojarski wykonał koronkową operację. Przywiozłam Bolusińskiego do domu i się zaczęło...
Kot dostał szału po narkozie. Miał ewidentnie zwidy, majaki, CZEGOŚ się śmiertelnie bał. Rzucał się po całej klatce, szalał i ugryzł mnie tak, że sama wylądowałam u lekarza.
Dużego przy nas nie było, a ja miałam wówczas tak dość wszelkich kocich spraw i problemów, że to wtedy właśnie blog umarł. Na szczęście śmiercią kliniczną.
Wypadek Bolutka bowiem, to nie wszystko.

Jednocześnie szczawiany zatkały Misiowi cewkę moczową. Miał operację pęcherza. Doktor Bojarski znów wykonał ją perfekcyjnie (nawet nie było krwi podczas oddawania moczu), ale Misiowi włączyły się w tym momencie zaburzenia behawioralne. I choć był wyleczony, choć wszystko się goiło, Miś o określonej porze, a dokładnie między 10.00 a 12.00 sikał jak szalony.
Nie rozumieliśmy, co jest. Miś dostawał coraz to nowe zastrzyki - i sikał coraz to bardziej. Z wybiciem godziny 12.00 sikać przestawał.
Wreszcie olśniło mnie, że on tak sika obłędnie, bo kojarzy sobie te godziny z porą dawania zastrzyku. Po 12.00 nigdy puchatka nie kłułam, bo mijała odpowiednia pora. Odstawiłam zatem wszystko, z zastrzyków zrezygnowałam i mój biedny plastuś się naprawił.
Czy to koniec? Naprawiony Miś i Bolek w klatce? Skądże znowu.

Również Joż uznał, że jest wyłączony z ogólnej zabawy i dostał zapalenia pęcherza. Czy się przeziębił, czy nerwowo reagował na nieobecność Dużego - tego nie wie nikt. Dość powiedzieć, że miałam ochotę płakać na samo słowo "kot".
Wakacje były nieustającym koszmarem: zastrzyki, dziki upał, który znoszę fatalnie i w którym nic się nie goi, zamknięty, bo wówczas jeszcze nieosiatkowany balkon, załamany kot w klatce, dwa kolejne koty - sikające i z deprechą, a wszystko to skąpane w potwornym, mdlącym, wszechogarniającym, chemiczno-duszącym i doprowadzającym mnie do szaleństwa AROMACIE LAWENDY. Skąd lawenda, zapytacie? Z obróżek feromonowych, które nosił i Miś i Bolo. Lawenda mnie dobiła, lawenda była gwoździem do trumny.

Boluś początkowo sobie nie radził. Szarpał usztywnienie nóżki, ściągał opatrunek, nie umiał załatwiać się do kuwety, nie jadł, wylewał wodę, strasznie się denerwował, syczał, prychał, rzucał.
Gdy - podkręcające także mój fatalny nastrój - upały minęły, życie stało się łatwiejsze. Miś i Jożo się naprawili. Bolek wydawał się pogodzony z losem. Po miesiącu zaczęłam go wypuszczać z klatki. Nauczył się, że o określonych porach wychodzi i czekał na te chwile jak piesek. Tyle, że... natychmiast po wypuszczeniu zaczynał SKAKAĆ. Przedziwnym sposobem opatrunek poza klatką mu nie przeszkadzał. Zdolności adaptowania się tego kota do najgorszych warunków są zadziwiające. Bolek kicał jak zając, na trzech nóżkach i z wielkim, sztywnym konstruktem na czwartej. A miał NIE KICAĆ.
Cóż mogę rzec ponad to? We wrześniu wróciłam do pracy, po zajęciach zaś pilnowałam Bolka. Wychodzenie na wiele godzin skutkowało tym, że kocisko nie jeździło mi po sumieniu, błagając o wypuszczenie na wolność. I powoli się goiło.

Wczesną jesienią zdjęliśmy opatrunek i ogarnęła mnie zgroza. Nóżka była jak zapałka, kot ją za sobą ciągnął, nie posługiwał się nią wcale, jakby nie istniała. Ale doktor mówił, że do grudnia będzie dobrze.
I było.
Dziś Bolek szaleje jak dawniej. Feralnej szafki w naszym mieszkaniu już nie ma. Na widok jego polowań dostaję herzklekotu, a gdy ktoś mówi przy mnie o tym, że kot spada na 4 łapy, mam ochotę - za przeproszeniem i z całym szacunkiem - walić bezmyślnego rozmówcę w durny łeb bez ostrzeżenia.
Konsekwencje wypadku Bolka wlokły się od lipca do grudnia. Leczenie, operacja, środki przeciwbólowe, zastrzyki przeciwzapalne, pochłonęły około... - nie, nie napiszę, ile, bo jeśli trafi tu kiedyś ktoś nieodpowiedzialny, uzna, że kota w takich przypadkach leczyć nie warto.
Wierzę tylko głęboko, że wszyscy, którzy tu zaglądają mają pozabezpieczane okna. Unikajmy takiego bólu, stresu, wydatków, gdy tylko się da. W przypadku Bolka uniknąć się nie dało, ale minimalizujmy zagrożenie, jeśli to tylko możliwe.
Dokumentacja zdjęciowa - wkrótce :)

wtorek, 12 sierpnia 2014

O Misiu, który stał się Ślonzokiem.

Przeprowadziliśmy się na Śląsk. Całą rodziną.
Nie wspomnę nawet o tym, że wpierw - nieludzko zmęczeni - załadowaliśmy caluśki nasz dobytek na ciężarówkę pewnych miłych panów i wysłaliśmy ją w świat bez żadnego pokwitowania... Nie napiszę, że zostałam jedynie w kapciach, koszulce i spodniach bojówkach, przepasanych sznurkiem, szpagatem, bo i paski pojechały... Nie nadmienię, że panowie (z naszym dobytkiem, pralką, lodówką, kuchenką, komputerami, telewizorem) zaczęli się spóźniać, gdy oczekiwaliśmy ich w miejscu przeznaczenia i miałam już wizję, że moim przeznaczeniem będzie życie nędzarki... Nie podejmę tematu samochodu rozkraczonego na autostradzie w środku nocy... Przemilczę deskę, która zaatakowała Dużego, tak, że pobyt na Śląsku rozpoczął od wizyty w szpitalu... (Ja naprawdę nie sądziłam, że w człowieku jest tyle krwi, którą czułam się w obowiązku sama zatamować). Pominę te - z pewnością sensacyjne szczegóły - i skupię się na przeprowadzaniu kotów.

Pola była chora. Po naszej przeprowadzce żyła jeszcze ponad pół roku pod opieką moich teściów. Potem odeszła, szczęśliwa i spokojna. Na Śląsk jechaliśmy zatem z czterema bambaryłami: Czesiem, Jożem, Misiem i Bolem. Zgromadzeni w czterech transporterach, ustawieni jeden na drugim, jechali osobówką, grzeczni jak aniołki. Przez sześć godzin (oczywiście, zepsuł nam się po drodze samochód) nie usłyszeliśmy słowa skargi. Nawet piśnięcia. Nie wiedzieliśmy wówczas, że za rozkoszny spokój przyjdzie nam straszliwie zapłacić.

Koty przybyły do mieszkania, w którym wszystko było już gotowe do rozpoczęcia nowego, szczęśliwego bytu. Miały swoje meble, drapak, łóżeczka. Wyszły z transporterków, obwąchały wszystko i ruszyły na poszukiwania swoich miejsc. Wieczór mijał sielsko, dopóki nie pogasły wszystkie światła. Wtedy bowiem Miś... zaczął się D.R.Z.E.Ć. Tej nocy, najdłuższej w moim życiu, nie zapomnę póki istnieć będę. Nigdy nie przypuszczałam, że z kota może się wydobywać taki wyjący, upiorny dźwięk. Miś zawodził jak syrena, straszliwie, tragicznie, niepomny na to, że wokół mam sąsiadów, z którymi będę zmuszona żyć jeszcze długie lata. Miś się gubił (w malusim, dwupokojowym mieszkanku), Miś tęsknił, Miś nie rozumiał, Miś!! Chciał!! Do!!! Domku!!! A domek odległy o 350 km... Co więcej - domek oddany, nienależący już ani do Misia, ani do nas. Nosiłam, tuliłam, uspokajałam, wtykałam w rozdarty dziób smakołyki - nie pomagało nic. Ani drzwi otwarte, ani zamknięte. Wreszcie, w środku nocy, zaczęliśmy przesuwać meble, wierząc, iż czynimy to po cichu, by układ choć trochę przypominał Misiowi niegdysiejszą naszą sypialnię. Nic nie pomogło.

Gdy pierwsze promienie słońca ochoczo wdarły się do naszego gniazdka (a mieszkanie mamy ślicznie usytuowane, z oknami na wschód), wydobyły z ciemności nasze sino-koperkowe, zdruzgotane oblicza, naszą rozpacz i bezradność w oczach, słowem - ślady naszej całonocnej walki. Słoneczko otuliło też Misia, który wreszcie zasnął, a obudził się... Ślonzokiem. Prawdziwym. Górnikiem z dziada pradziada, o niekwestionowanym pochodzeniu. I nigdy, przenigdy nie dał nam już odczuć, że pochodzi z innych miejsc.

(W wolnej chwili wstawię Wam więcej fotek. Dziękuję, że jesteście i o nas pamiętacie. Jestem zszokowana skokiem statystyk, ilością gości oraz faktem, że pamiętaliście o nas nawet wtedy, gdy nie pisałam. Moim marzeniem, przyznaję szczerze, jest rozkręcić teraz w podobny sposób blog o książkach. Zapraszam czytaczy.)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Na ratunek...

Boluś jest smutny. Smutny, rozwleczony po łazienkowej podłodze i płaski niczym naleśnik. Obie łapki Bolusińskiego tkwią żałośnie pod pralką.
- Co jest? - pytam.
- Myyyyyszka wpadła... Wyjmij.
Zaglądam. Myszki pod pralką nie ma.
- Nie ma - oznajmiam.
- Jest. No nie widzisz?? Tam, daleko. No wyjmij, noooo...

"A w dali się myszka bieli..." - nucę sobie i myślę, jak ulżyć Bolutkowi w strapieniu. Próbuję ręką - nie sięgnę. Latarka? - zepsuta, muszę gmerać na oślep. Rozpłaszczam się na podłodze niegorzej niż sam Bolusiński. Gorrrrrąco. Dyszę i sapię. Rozsypany wokół kuwety żwirek sprawia, że wyglądam i czuję się jak panierowany krokiet. Pralki nie ruszę. Co tu robić, jak pragnę zdrowia. Wzrok Bolusińskiego przypomina spojrzenie skrzywdzonego jelonka Bambi.
- Masz?? No miej... Co ja zrobię bez mojej JEDYNEJ mysi?
- Nie dramatyzuj, masz jeszcze dwieście innych.
- Ale ja chcę tę, tę właśnie, najukochańszą, najlepszą...

Boluś drobi wokół mojej rozpłaszczonej osoby jak tancereczka, a ja zaczynam traktować rzecz całą ambicjonalnie. W oczkach Bolusia widnieje wyrzut.

- Jesteś człowiekiem, zróbże coś! Ona się D.U.S.I.

Próbuję kijem od szczotki, ale krzywa podłoga sprawia, że kij z jednej strony wchodzi, ale klinuje się z drugiej, jakiś milimetr od duszącej się delikwentki. Boluś drobi. Czas mija. Gorrrrąco. Kot nie odpuści, ja też nie. No żeby człowiek, rzekomo wykształcony, nie potrafił myszy spod pralki wyjąć? Absurd. Potrzebuję czegoś nieco dłuższego i cienkiego... Szczoteczka do zębów Dużego powinna się nadać... Za krótka. Wyjmuję przy jej pomocy jedynie kłąb kurzu, zagubione frotki do włosów i parę spinek.

- Maaaaasz???
- Nie mam, nie poganiajże mnie! Myślę...
- Kiepsko ci idzie. Ona U.M.I.E.R.A.
- Wiem!! Bolusiński! Wiem! Kijek od storczyków będzie idealny.

Lecę, pozbawiam kwiatka podpórki i z miną bohatera wydobywam mysz. Trzymam ją niczym róg obfitości i - oczekuję jakiegokolwiek wyrazu uznania. Błysku radości, czy coś!

- Boluś... Mam myszkę! Mam! Zobacz! Kici-kici!

- Eeee? A na co mi myszka!? Mam takich dwieście. Ten kijek od storczyków to jest zajefajny!!