sobota, 1 sierpnia 2015

Dostaliśmy prezent! :)

W miniony czwartek w Mirmiłowie zawrzało. Niebiescy i Bolutek dostali bowiem najprawdziwszą korespondencję. I to jaką! Jak na świętego Mikołaja: prezent wraz z listem. Przemiła niespodzianka pochodziła ze sklepu Nasze Zoo i wzbudziła radość niesłabnącą od dwóch dni!
Bolusiński jak zwykle pierwszy przystąpił do zdefiniowania zawartości paczki, ale szybko okazało się, że sam nie jest w stanie udźwignąć takiego emocjonalnego balastu.



Jedynym, na którym prezent nie zrobił początkowo żadnego wrażenia, był Miś. Cała reszta czworonożnych adresatów najpierw zamarła nad dziwnym krążkiem, a potem się zaczęło...
  • Stary, widzisz, tam coś jest!!

  • Ale się nie da wyciągnąć...

  • Czekaj, daj, ja spróbuję...
  • A w tubę chcesz? Dawaj, moja kolej!!

- Co wy wiecie o polowaniu! Rozejść się, smarkacze!!



- Widzisz! Widzisz! Też nie potrafisz!!



W zabawce, podarowanej Mirmiłowianom, ukryta jest myszka, która wiruje popchnięta kocią łapką, doprowadzając puchatych myśliwych do białej gorączki. Oczywiście, wyjąć myszki nie sposób. Zabawka skonstruowana jest wyjątkowo zmyślnie, a co najciekawsze – prowokuje koty do wspólnej zabawy, bo gdy jeden popycha mysią ofiarę, reszta próbuje ją złapać. Wspólny wróg jednoczy i mamy kocią integrację na całego. Oj, dawno nie widziałam w Mirmiłowie takiej imprezy. Leniwy Czesławek bawił się ze smarkaczami aż miło.
Harce trwały calutki wieczór, doprowadzając mysz do niemal całkowitego wyłysienia i utraty ogona. Gdybym mogła zasugerować coś twórcom tego krążka, napisalabym, że myszka powinna być raczej z filcu i mieć zdecydowanie mocniej przyklejony ogon. Pomysł zabawki jest bezbłędny, kot dostaje przy niej lekkiego obłędu i dlatego mysz winna być pancerna.
Po zabawie trzej muszkieterowie (czwarty konsenkwentnie spał), degustowali przysmaczki, które również im podesłano. 

- Oooo, a to co??



 Na szczególne uznanie zasłużyły sobie suszone fileciki z kurczaka, które byłam zmuszona podać już następnego ranka, o wschodzie słońca, gdy tylko panowie uznali, że będą śniadać i przydałaby im się malutka przystawka. Niestety, nie udało się zrobić filecikom fotki, taki był tłok przy miseczkach. Cóż, wierzcie mi na słowo - wyglądają jak carpaccio. 


Po degustacjach – ku mojemu zdziwieniu – zabawka ponownie wróciła do łask i skrajnie wyczerpała Bolutka. Dochodziło do reakcji i poczynań skrajnych, typu: chwytanie zabawki w ząbki, potrząsanie i ... warczenie. Boluś w furii zachowywał się jak zirytowany psiak. No bo już tę myszę miał, a ona znów mu dała dyla!!!



Absolutnie wyjątkową zaletą krążka jest to, że Czesławek nie mógł go porwać i swoim zwyczajem schować za szafą, choć ten akurat fakt zdecydowanie mniej zachwycał nas w nocy. Bolutek uznał bowiem, że każda pora jest dobra na zabawę i tarzał się z krążkiem po panelach, zaszczepiając w naszej rozespanej świadomości przekonanie, że oto przez duży pokój przejeżdża kulejący tramwaj.
Postępował metodycznie, zawsze rozpoczynając od wnikliwej obserwacji ofiary...






Wieczorkiem do zabawy przyłączył się także Miś, ostrzyżony celem łatwiejszego znoszenia nieludzkich upałów. 



Pozostaje nam bardzo, bardzo serdecznie podziękować sklepowi Nasze Zoo. Boluś, wyrzucony kiedyś na śmietnik, przypomina przy okazji, że...




...i razem z Czesiem namawia do otwartej reklamy zabaweczki, w czym z przyjemnością im pomagam.  


Obiecuję też, że dziś lub jutro pojawi się filmik z bolutkowych harców.

czwartek, 14 maja 2015

Mirmiłowo w prasie.


Kochani, zawiadamiam późno, ale nie ZA późno. Jeśli chcecie mieć namacalny kawałek Mirmiłowa na pamiątkę, zachęcam Was całym sercem do nabycia majowych "Kocich Spraw". Jest tam wywiad z moją skromną osobą oraz zdjęcia futrząt. Kupujcie, bo biorąc pod uwagę poczynania Bolutka, opisane w poście poniżej, nie wiem, jak długo dane mi jeszcze błąkać się po tym łez padole.






Kot morderca.

Bolusiński próbuje mnie zabić. To rzecz dowiedziona. Dziś po raz drugi dokonał zamachu na moje życie ze skutkiem, na szczęście, nieudanym.
Pierwszy raz nastąpił kilka tygodni temu, kiedy to siedziałam sobie na fotelu, pod regałem z książkami i doceniając błogi spokój - tonęłam w lekturze. Bawiący się w okolicy moich pleców Bolutek postanowił nagle dokonać rzeczy niemal niemożliwej i -

nie straciwszy na namyśle niepotrzebnym czasu wiele, 
bo on rzadko kiedy myśli, ale za to chyży w dziele -

odbił się od podłogi, celem ulokowania swej pręgowanej osoby na regale pod sufitem.

Czy wyskok był za słaby, czy trajektoria lotu została wadliwie obliczona, dość powiedzieć, że Bolusiński wystartował, wzleciał i... nie doleciał.
Mignęły w powietrzu białe skarpetki, rozległ się rozpaczliwy miauk, a potem nastąpił przeraźliwy huk, blok zadygotał, ziemia jęknęła, a dobrostan zgromadzony na regale runął w dół, prosto na mnie.
Na mojej głowie i ramionach lądowały, od najwyższych półek począwszy: książki, ciężka mosiężna latarenka, kubek, czasopisma i mnóstwo innych rzeczy, na końcu których, rozpaczliwie uczepiony, znajdował się nieszczęsny futrzany lotnik. JEMU oczywiście nie stało się kompletnie nic (poza tym, że posiusiał się ze strachu), ja zaś kilka dni nosiłam guza, otarcia i siniaki.
Wybaczyłam. Boluś tak ma, że gdy spada, chwyta się dosłownie wszystkiego i powoduje totalną demolkę. Można było się przyzwyczaić. Dziś jednak postanowił ... porazić mnie prądem.

I wylał moją kawę na podłączony do prądu przedłużacz oraz podpięte do niego telefony i tablet. Sprzętowi, na szczęście, nic się nie stało (leżał w pewnej odległości od zalanego przedłużacza i brązowe tsunami go ominęło), niemniej jednak musiałam się solidnie napocić, by odłączyć kable od zalanych po dziurki w nosie kontaktów.

Co Bolutek wymyśli kolejnym razem? Zechce mnie ugotować, skoro smażenie się nie udało??
Dotąd marzyłam o wannie. Dziś - definitywnie mi przeszło. Jestem bowiem przekonana, że kot morderca znalazłby niezawodny sposób, by wrzucić mi do kąpieli na przykład włączoną suszarkę.

piątek, 13 lutego 2015

Nie śpi, nie pije, a biega i żyje...

- Wypiłeś mi kawę - skonstatowałam tonem nieznoszącym sprzeciwu, patrząc oskarżycielsko na męża.
- Bzdury. Nie ruszam twojej kawy. Niedobrze mi po kawie.
- To tylko taka przykrywka. Mój dziadek też tak mawiał, wypijając kawę mojej babci. Powiedz, że chcesz, to ci po prostu zrobię, a nie tak chyłkiem...
- Nie pijam twojej kawy, kobieto. Za to ty gwizdnęłaś mi mój soczek. Budzę się w nocy, a tu nie ma.
- Co za pomysł przedziwny! Zgagę mam od tych soczków. Nie ruszam twoich napojów.
- ... i rumianek. Też mi wypiłaś rumianek.
- No nieeee! Nienawidzę rumianku. Jak pragnę zdrowia. Pijam pokrzywę. Wiesz przecież. Rumianek jest obrzydliwy. O, właśnie, gdzie jest moja pokrzywa?? Wypiłeś! W ramach przeprosin, zrób mi nową kawę. Kurczę, nie wiem, no naprawdę nie pamiętam, kiedy wypiłam tę poranną...
- Daj kubeczek, to ci umyję.
- Eeee, wiesz, nie trzeba. Najwidoczniej już go myłam. Jest czyściuteńki. Ty, słuchaj, ja mam chyba zaniki pamięci, starzeję się, czy co...? Nie pamiętam, kiedy piłam kawę, nie pamiętam mycia kubka... Nie jest dobrze.
- Gorzej, nie pamiętasz, kiedy wypiłaś mi colę.
- Nie pijam coli. Jestem na permanentnej diecie.
- No proszę, nie pamiętasz też, że najwidoczniej zrezygnowałaś z diety.

...

- Dlaczego, wstawiając naczynia do zlewu nie zalewasz ich wodą? Jak ja mam teraz umyć ten talerzyk?
- Zalewam! Zawsze zalewam, teraz też zalałem.
- Nie zalałeś, nie ma oni kropli. Wszystko przyschło. No sam zobacz.
- Kurczę, głowę bym dał, że zalałem...

...

- Obudź się, obudź! Słyszysz?? Coś K.A.P.I.E !
- Dach przecieka?
- Nie wiem, ale tak dziwnie to kapie. Właściwie, posłuchaj, to nie kapie, a CHLIPIE. O, przestało. Chyba się przesłyszałam.

...

- Wypiłeś mi moje wapno.
- Nie piłem. Zapomniałaś sobie zrobić.

...

- Wypiłaś mi wodę!
-  Bzdury, mam swoją. Najwidoczniej wcale sobie nie nalałeś.

...

- Czemu ten kot tyle sika? Zapalenie pęcherza może ma?

...

- Gdzie jest woda po rybie?? Ta brudna.
- A gdzie ta z sodą, w której moczyłam obrączkę?!

...

- Patrz, znowu leci siku. Przecież on prawie nic nie pije... Ty, zauważyłeś żeby on w ogóle podchodził do miseczki? Martwię się. Nie pije, a sika. Nawet z fontanny pić nie chce.
- Czekaj, powiedz to jeszcze raz. Czego on nie robi?? Nie.. pi... pije !?!
- Boluś! Jasny gwincie! Co teraz? Czy woda z lekko przypalonym olejem może mu zaszkodzić? Co nam jeszcze wyparowało lub tajemniczo wyschło? Myśl! Cola, kefir, wapno, woda z sodą, pokrzywa, skrzyp, silny earl grey, mleczny oolung, Bolutku, kochany, czy ciebie bardzo boli brzuś? Pokaż brzuszek, skarbeczku. Piwo, wino, białe, czerwone, wymiotował?! Skąd. Co tu jeszcze na wierzchu stało w trakcie ostatnich tygodni? Herbata wiśniowa, sok z czarnej porzeczki, syrop imbirowy... Rosół, barszcz, pomidorówka, woda po ziemniakach... Śmietana, jogurt, mleko, olej po śledziach i woda po ogórkach...

- Ale to jeszcze nie powód do histerii - wtrącił Bolusiński, sadowiąc się zgrabnie w zlewie, w nadziei otrzymania nowych napitków. - Szczerze powiedziawszy niedobrze zrobiło mi się wyłącznie po mieszance oliwy z twoją maską do włosów. Tylko przez chwileczkę, podkreślam. Przez momencik. A przecież mogło być gorzej. Płyn akumulatorowy, nafta, bim... No nie patrz tak. Przecież wiem, że nie macie. Żałujesz kotu odrobiny płynów? Zero wdzięczności. Czyżbyś zapomniała, z czyjego powodu miałaś ostatnio tak wypucowaną ulubioną filiżankę? 





- Idzie ktoś?? 



- Nie? No to chlup!




czwartek, 5 lutego 2015

O czytaniu raz jeszcze :)

Czytanie kryminału w towarzystwie kotów to zadanie dla ludzi o mocnych, zaiste, nerwach. Urocze te stworzenia, zwykle demonstrujące całkowitą niezależność i dumę, niekiedy postanawiają bowiem zapałać do człowieka uczuciem.
I tak oto dziś w nocy, w godzinach bardzo późnych i mrocznych, Boluś - dostrzegłszy, że siedzę sobie z książką - postanowił mi głębię swego uczucia okazać. I gdy atmosfera wokół mnie, za sprawą dramatycznych opisów, zaczęła gęstnieć od grozy, gdy zapomniałam kim jestem, gdzie jestem i po co jestem... kotek zapałał!
... morderca czai się w sklepie - ... Boluś wtyka pyszczek w moje ucho...
... morderca przybywa do kancelarii... - ... Boluś jeździ mi ogonem przed oczami...
... morderca za sekundę zaatakuje... - ... Boluś wgniata mi pęcherz w kość ogonową...
... morderca czai się za plecami sekretarki... - ... Boluś strzela mi miłosnego baranka prosto w nos, tańczy chwilę i...
... zasypia... - odpychając się przez sen od mego żołądka
... śpi godzinę... - ... drętwieje mi dosłownie wszystko...
... śpi kolejną... - ... z niewygodny zaczyna mi się robić szaro przed oczami...
... śpi jeszcze kwadrans... - ... tracę czucie we wszystkim poza głową...

Ale oto wszelkie niewygody zaczynają blednąć, zbliżamy się bowiem do punktu kulminacyjnego powieści! Jest coraz mroczniej, coraz bardziej tajemniczo. Staram się zajmować sobą jak najmniej miejsca i nie myśleć o tych nieszczęsnych drzwiach wejściowych, które na pewno zamknęłam... Ale czy zamknięto również korytarz? Czy ta cisza nie jest podejrzana? Aż dzwoni w uszach... Czy nikogo na pewno nie ma za drzwiami? A pod fotelem?? Napięcie sięga zenitu, gdy...

... Boluś z dziko-radosnym kwikiem wyskakuje w przestrzeń, bo oto się obudził!!

Czytelnik umiera. 


środa, 4 lutego 2015

Zimowo :)

Dzień dobry, ach, dzień dobry! - powiedziałby zapewne Bolutek, gdyby znalazł chwilę na powitania. Świat nam zasypało, co budzi w kotach nieustające zadziwienie, a mnie romantycznie rozrzewnia. Tylko nie wspominajcie Dużemu o moim emocjonalnym porywie, bo gotów roztrząsać nieistotne szczegóły odnośnie samochodu, odśnieżania i takich tam drobiazgów.
Tymczasem zima upływa nam spokojnie, z książkami, kawą, wiecznie zajętym fotelem, do którego swych niepodważalnych praw - w kotokratycznym świecie - nie mogę jednak udowodnić. Cieszę się feriami i staram nadrobić blogowe zaległości, chociaż taki Boluś na przykład istoty ferii nie rozumie...

- Wstawaj, no wstawaj!! O borze szumiący, spóźnisz się!!! Jest już 4.15. Guzik tam - 14.16!! Jak ten czas zasuwa, mówię ci pędzi na złamanie karku! Wstawaj!!! - Bolusiński tańcuje po kołdrze, po głowie Dużego, mimo iż ten leży prawie martwy, powalony grypą, przy której dżuma to małe miki.
- Bolutku, dopiero skończyłam czytać... - jęczę, wcale nie mijając się z prawdą. Ze "Starego Ekspresu Patagońskiego" wysiadłam wszak o 3.55. Dwadzieścia minut snu to jednak niewiele.
Przyciskam zatem chudy kark futrzastego budzika do kołdry, zniewalam ramieniem, walka jest krótka, a pręgowana ofiara woli umknąć w popłochu niż narazić się na atak mej rozespanej czułości. Jest spokój, jest sen, są ferie, jest moc!

Dzień mija błogo. Kilka wcześniejszych dni poświęciłam na rozwijanie nowej pasji i udoskonalam blog książkowy. Mirmiłowo też udoskonalałam. Remonty trwały i trwały, czytelnicy wchodzili w różnych stadiach tegoż trwania i zapewne uciekali, by długo nie wrócić. Gdy nieco ochłonęłam po tym szaleństwie i zdecydowałam się na przejrzysty szablon, czytacze uprzejmie zauważyli, że po staremu było lepiej. Duży również spojrzał na moje dzieło i wycofał się w głąb siebie z lodowatym: ależ rób, co chcesz.
Pokornie wróciłam do początków. Do źródeł. Z rozczuleniem wielkim odnalazłam też w czeluściach internetowych nasze konkursowe zmagania. Obudził się we mnie sentyment. Jeśli będę pisać w miarę regularnie, może znów wystawimy puchatych do blogowego konkursu??

Ty się lepiej zajmij kontrolnymi badaniami, teraz, kiedy masz sporo czasu - ustaliłam rozsądnie sama z sobą, biorąc książkę i ruszając do sypialni. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ucichły tym samym biadolenia Czesia. Musicie bowiem wiedzieć, że akcja, która toczy się ostatnio w Mirmiłowie ma podkład muzyczny, a my całymi sobą staramy się do niego przywyknąć. Wyłączyć się bowiem nie da. To znaczy da, ale radykalnie i ktoś mógłby na nas słusznie donieść do odpowiednich służb. Częstotliwość owej ścieżki dźwiękowej może być określona mianem upierdliwie wysokiej, a charakter - depresyjnym i zgoła delirycznym.

Otóż Czesio wie, że są ferie. Czesio kocha czytać. Wróć - Czesio kocha jak Duża czyta, a on leży obok i ma miziane uszka oraz pychol. Czesio nie pojmuje, jak można rezygnować z jego upajającego towarzystwa i siedzieć przed komputerem, Czesio się sprzeciwia, Czesia dopada głębokie rozczarowanie i poczucie odrzucenia, a co za tym idzie ból istnienia, Weltschmerz, depresja, melancholia, burza i napór oraz poczucie, iż wszystko jest marnością nad marnościami. By dać wyraz swoim mrocznym i przytłaczającym poglądom, Czesław przez kilka godzin marudzi, narzeka, rozpacza, mamlasi, jęczy, gdera, poddaje w wątpliwość, analizuje w przygnębieniu, rozważa w smutku, docieka i drąży, a ja mam przed oczami czerwoną mgłę, trzęsą mi się ręce i kurczowo zaciskają szczęki. Wreszcie biorę książkę i idę. Atmosfera zaczyna panować iście sielankowa.
Ja czytam książkę, pyzaty terrorysta czyta e-book i jest dobrze. Godziny płyną, Mirmiłowo zasypia.


Gdy słońce przedziera się przez rolety i otula naszą sielskość swym zimowym światłem, budzę się z poczuciem, że jednak coś przegapiłam. Badania! - prostuję się natychmiast. Znów nie pojechałam! Zapomniałam nastawić budzik! Kruca bomba...
Ale, ale... Coś tu nie gra...

- Boluuuuuusiński!!! Gadzino! Dlaczego mnie nie obudziłeś!? Dlaczego akurat dziś postanowiłeś spać jak zarżnięty?!
- Moja droga... - Boluś wkracza na łóżko z miną bogini Bastet – Czy to nie ty apelowałaś wczoraj rozpaczliwie, bym zaprzestał wykonywania moich obowiązków, bo masz ferie??

_____________________

Kochani, stale i wciąż - odczuwając misję krzewienia czytelnictwa - zapraszam na całkowicie odświeżony, bardziej przejrzysty i nowoczesny BLOG KSIĄŻKOWY!!
Pomóżcie, proszę, troszkę go rozkręcić, bo dotąd niewiele się działo. Udostępniajcie, linkujcie, aby książka trafiała pod strzechy! 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Troszkę fotek.

Zanim przejdę do relacji nieco bardziej aktualnych, chciałam się z wiernymi czytelnikami podzielić garścią zdjęć, by udokumentować nasz półtoraroczny pobyt w nowym miejscu.
Tak oto wyglądał pręgowany nieszczęśnik w dwa dni po operacji. Nie wiedzieć czemu lubił leżeć w kuwecie i mieć nóżkę opartą niczym na wyciągu. Pod takim dziwnym kątem.


Tu zaczął "chodzić". Chciałabym rzec: "chodzić powolutku", ale chodzenie pacjenta odbywało się tak, że podkasywał pod siebie cały ten czerwony, sztywny konstrukt i zasuwał na trzech łapkach jak burza.



Prawdziwy dramat zaczął się po zdjęciu opatrunku. Bolusiński bowiem nie mógł wychodzić WCALE. Bardzo był smutny. Tragizmu dodawał kołnierz, zapobiegający degustacji szwów.


Wierny przyjaciel Miś odwiedzał Bolutka w myśl zasady "Więźniów nawiedzać, chorych pocieszać" i czuł się wyjątkowo szlachetnie. Misio tracił rezon, gdy Bolutek pomykał z opatrunkiem po mieszkaniu, śmiertelnie się bowiem tegoż opatrunku obawiał.


Dziś Boluś czuje się zadziwiająco dobrze. I nie rezygnuje z ulubionych rozrywek.