poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Troszkę fotek.

Zanim przejdę do relacji nieco bardziej aktualnych, chciałam się z wiernymi czytelnikami podzielić garścią zdjęć, by udokumentować nasz półtoraroczny pobyt w nowym miejscu.
Tak oto wyglądał pręgowany nieszczęśnik w dwa dni po operacji. Nie wiedzieć czemu lubił leżeć w kuwecie i mieć nóżkę opartą niczym na wyciągu. Pod takim dziwnym kątem.


Tu zaczął "chodzić". Chciałabym rzec: "chodzić powolutku", ale chodzenie pacjenta odbywało się tak, że podkasywał pod siebie cały ten czerwony, sztywny konstrukt i zasuwał na trzech łapkach jak burza.



Prawdziwy dramat zaczął się po zdjęciu opatrunku. Bolusiński bowiem nie mógł wychodzić WCALE. Bardzo był smutny. Tragizmu dodawał kołnierz, zapobiegający degustacji szwów.


Wierny przyjaciel Miś odwiedzał Bolutka w myśl zasady "Więźniów nawiedzać, chorych pocieszać" i czuł się wyjątkowo szlachetnie. Misio tracił rezon, gdy Bolutek pomykał z opatrunkiem po mieszkaniu, śmiertelnie się bowiem tegoż opatrunku obawiał.


Dziś Boluś czuje się zadziwiająco dobrze. I nie rezygnuje z ulubionych rozrywek.






czwartek, 14 sierpnia 2014

Jak u Małego Księcia. I trochę paskudnych wpomnień.

Wychodząc dziś na balkon, poczułam się jak Mały Książę.
Mam swoją pachnącą różę, i mam swego Liska.


Rok temu jednakże, o tej porze lata, rwałam włosy w głowy, a Lisek tkwił w... klatce na króliki. Energiczny, zdobywający świat, rozpierany przez radość życia Bolusiński zamieszkał w klatce na prawie dwa miesiące.
Pewnego dnia wybrał się bowiem na polowanie z nagonką. Ofiarą była mucha. Polował w mieszkaniu, oczywiście. Latał, biegał, podskakiwał, a w tle niemal słychać było grę Wojskiego na rogu. Nagle mieszkaniem wstrząsnął huk, potem ciszę rozdarło rozdzierające miauknięcie, a następnie znalazłam Bolutka, który zbierał swą pręgowaną osobę spod niewielkiej (!!) szafki w przedpokoju i ruszał na poszukiwanie umykającej mu zdobyczy, mocno... kulejąc.
Krótka dedukcja pozwoliła mi wysnuć wniosek, że pechowy myśliwy najpierw skoczył na niewysoką szafkę, a z niej, kierowany szałem i pasją - na ... górną krawędź otwartych drzwi. Skąd się z hukiem złomotał.
Najpierw założyłam, że się po prostu potłukł. Wieczorem jednak pojechałyśmy z Beatką (pozdrawiam!) do lecznicy. Tam zaaplikowano pechowcowi jakieś środki przeciwbólowe i kazano odczekać trzy dni.
Poprawy nie było, a po trzech dniach zaistniała diagnoza cokolwiek koszmarna: pozrywane więzadła w tylnym kolanku. Konieczna operacja, założenie implantu i... rekonwalescencja w klatce. Miesiąc lub dwa. Kot bowiem nie może skakać.
Borze szumiący... Byłam zdruzgotana. Nie operacją nawet, ale tą klatką. Jak bowiem ulokować barwnego motylka w klatce na tyle czasu?? Kotka, którego życiowym celem jest zabawa i hopsanie!
Zaczęliśmy działać. W lecznicy na Giszowcu (możecie to traktować jak reklamę lub dowód mojej bezgranicznej wdzięczności) doktor Bojarski wykonał koronkową operację. Przywiozłam Bolusińskiego do domu i się zaczęło...
Kot dostał szału po narkozie. Miał ewidentnie zwidy, majaki, CZEGOŚ się śmiertelnie bał. Rzucał się po całej klatce, szalał i ugryzł mnie tak, że sama wylądowałam u lekarza.
Dużego przy nas nie było, a ja miałam wówczas tak dość wszelkich kocich spraw i problemów, że to wtedy właśnie blog umarł. Na szczęście śmiercią kliniczną.
Wypadek Bolutka bowiem, to nie wszystko.

Jednocześnie szczawiany zatkały Misiowi cewkę moczową. Miał operację pęcherza. Doktor Bojarski znów wykonał ją perfekcyjnie (nawet nie było krwi podczas oddawania moczu), ale Misiowi włączyły się w tym momencie zaburzenia behawioralne. I choć był wyleczony, choć wszystko się goiło, Miś o określonej porze, a dokładnie między 10.00 a 12.00 sikał jak szalony.
Nie rozumieliśmy, co jest. Miś dostawał coraz to nowsze zastrzyki, i sikał coraz to bardziej. Z wybiciem godziny 12.00 sikać przestawał.
Wreszcie olśniło mnie, że on tak sika obłędnie, bo kojarzy sobie te godziny z porą dawania zastrzyku. Po 12.00 nigdy puchatka nie kłułam, bo mijała odpowiednia pora. Odstawiłam zatem wszystko, z zastrzyków zrezygnowałam. I mój biedny plastuś się naprawił.
Czy to koniec? Naprawiony Miś i Bolek w klatce? Skądże znowu.

Również Joż uznał, że jest wyłączony z ogólnej zabawy i dostał zapalenia pęcherza. Czy się przeziębił, czy nerwowo reagował na nieobecność (konieczną i usprawiedliwioną Dużego) - nie wie nikt. Dość powiedzieć, że miałam ochotę płakać na samo słowo "kot".
Wakacje były nieustającym koszmarem: zastrzyki, dziki upał, który znoszę fatalnie i w którym nic się nie goi, zamknięty, bo wówczas jeszcze nieosiatkowany balkon, załamany kot w klatce, dwa kolejne koty - sikające i z deprechą, a wszystko to skąpane w potwornym, mdlącym, wszechogarniającym, chemiczno-duszącym i doprowadzającym mnie do szaleństwa AROMACIE LAWENDY. Skąd lawenda, zapytacie? Z obróżek feromonowych, które nosił i Miś i Bolo. Lawenda mnie dobiła, lawenda była gwoździem do trumny.

Boluś początkowo sobie nie radził. Szarpał usztywnienie nóżki, ściągał opatrunek, nie umiał załatwiać się do kuwety, nie jadł, wylewał wodę, strasznie się denerwował, syczał, prychał, rzucał.
Gdy, podkręcające także mój fatalny nastrój, upały minęły, życie stało się łatwiejsze. Miś i Jożo się naprawili. Bolek wydawał się pogodzony z losem. Po miesiącu zaczęłam go wypuszczać z klatki. Nauczył się, że o określonych porach wychodzi i czekał na te chwile jak piesek. Tyle, że... natychmiast po wypuszczeniu zaczynał SKAKAĆ. Przedziwnym sposobem opatrunek poza klatką mu nie przeszkadzał. Zdolności adaptowania się tego kota do najgorszych warunków są zadziwiające. Bolek kicał na trzech nóżkach, z wielkim, sztywnym konstruktem jak zając. A miał NIE KICAĆ.
Cóż mogę rzec ponad to? We wrześniu wróciłam do pracy. Po powrocie pilnowałam Bolka. Wychodzenie na wiele godzin skutkowało tym, że kocisko nie jeździło mi po sumieniu, błagając o wypuszczenie na wolność. I powoli się goiło.

Wczesną jesienią zdjęliśmy opatrunek i ogarnęła mnie zgroza. Nóżka była jak zapałka, kot ją za sobą ciągnął, nie posługiwał się nią wcale, jakby nie istniała. Ale doktor mówił, że do grudnia będzie dobrze.
I było.
Dziś Bolek szaleje jak dawniej. Feralnej szafki w naszym mieszkaniu już nie ma. Na widok jego polowań dostaję herzklekotu, a gdy ktoś mówi przy mnie o tym, że kot spada na 4 łapy, mam ochotę - za przeproszeniem i z całym szacunkiem - walić bezmyślnego rozmówcę w durny łeb bez ostrzeżenia.
Konsekwencje wypadku Bolka wlokły się od lipca do grudnia. Leczenie, operacja, środki przeciwbólowe, zastrzyki przeciwzapalne, pochłonęły około... - nie, nie napiszę, ile, bo jeśli trafi tu kiedyś ktoś nieodpowiedzialny, uzna, że kota w takich przypadkach leczyć nie warto.
Wierzę tylko głęboko, że wszyscy, którzy tu zaglądają mają pozabezpieczane okna. Unikajmy takiego bólu, stresu, wydatków, gdy tylko się da. W przypadku Bolka uniknąć się nie dało, ale minimalizujmy zagrożenie, jeśli to tylko możliwe.
Dokumentacja zdjęciowa - wkrótce :)

wtorek, 12 sierpnia 2014

O Misiu, który stał się Ślonzokiem.

Przeprowadziliśmy się na Śląsk. Całą rodziną.
Nie wspomnę nawet o tym, że wpierw - nieludzko zmęczeni - załadowaliśmy caluśki nasz dobytek na ciężarówkę pewnych miłych panów i wysłaliśmy ją w świat bez żadnego pokwitowania... Nie napiszę, że zostałam jedynie w kapciach, koszulce i spodniach bojówkach, przepasanych sznurkiem, szpagatem, bo i paski pojechały... Nie nadmienię, że panowie (z naszym dobytkiem, pralką, lodówką, kuchenką, komputerami, telewizorem) zaczęli się spóźniać, gdy oczekiwaliśmy ich w miejscu przeznaczenia i miałam już wizję, że moim przeznaczeniem będzie życie nędzarki... Nie podejmę tematu samochodu rozkraczonego na autostradzie w środku nocy... Przemilczę deskę, która zaatakowała Dużego, tak, że pobyt na Śląsku rozpoczął od wizyty w szpitalu... (Ja naprawdę nie sądziłam, że w człowieku jest tyle krwi, którą czułam się w obowiązku sama zatamować). Pominę te - z pewnością sensacyjne szczegóły - i skupię się na przeprowadzaniu kotów.

Pola była chora. Po naszej przeprowadzce żyła jeszcze ponad pół roku pod opieką moich teściów. Potem odeszła, szczęśliwa i spokojna. Na Śląsk jechaliśmy zatem z czterema bambaryłami: Czesiem, Jożem, Misiem i Bolem. Zgromadzeni w czterech transporterach, ustawieni jeden na drugim, jechali osobówką, grzeczni jak aniołki. Przez sześć godzin (oczywiście, zepsuł nam się po drodze samochód) nie usłyszeliśmy słowa skargi. Nawet piśnięcia. Nie wiedzieliśmy wówczas, że za rozkoszny spokój przyjdzie nam straszliwie zapłacić.

Koty przybyły do mieszkania, w którym wszystko było już gotowe do rozpoczęcia nowego, szczęśliwego bytu. Miały swoje meble, drapak, łóżeczka. Wyszły z transporterków, obwąchały wszystko i ruszyły na poszukiwania swoich miejsc. Wieczór mijał sielsko, dopóki nie pogasły wszystkie światła. Wtedy bowiem Miś... zaczął się D.R.Z.E.Ć. Tej nocy, najdłuższej w moim życiu, nie zapomnę póki istnieć będę. Nigdy nie przypuszczałam, że z kota może się wydobywać taki wyjący, upiorny dźwięk. Miś zawodził jak syrena, straszliwie, tragicznie, niepomny na to, że wokół mam sąsiadów, z którymi będę zmuszona żyć jeszcze długie lata. Miś się gubił (w malusim, dwupokojowym mieszkanku), Miś tęsknił, Miś nie rozumiał, Miś!! Chciał!! Do!!! Domku!!! A domek odległy o 350 km... Co więcej - domek oddany, nienależący już ani do Misia, ani do nas. Nosiłam, tuliłam, uspokajałam, wtykałam w rozdarty dziób smakołyki - nie pomagało nic. Ani drzwi otwarte, ani zamknięte. Wreszcie, w środku nocy, zaczęliśmy przesuwać meble, wierząc, iż czynimy to po cichu, by układ choć trochę przypominał Misiowi niegdysiejszą naszą sypialnię. Nic nie pomogło.

Gdy pierwsze promienie słońca ochoczo wdarły się do naszego gniazdka (a mieszkanie mamy ślicznie usytuowane, z oknami na wschód), wydobyły z ciemności nasze sino-koperkowe, zdruzgotane oblicza, naszą rozpacz i bezradność w oczach, słowem - ślady naszej całonocnej walki. Słoneczko otuliło też Misia, który wreszcie zasnął, a obudził się... Ślonzokiem. Prawdziwym. Górnikiem z dziada pradziada, o niekwestionowanym pochodzeniu. I nigdy, przenigdy nie dał nam już odczuć, że pochodzi z innych miejsc.

(W wolnej chwili wstawię Wam więcej fotek. Dziękuję, że jesteście i o nas pamiętacie. Jestem zszokowana skokiem statystyk, ilością gości oraz faktem, że pamiętaliście o nas nawet wtedy, gdy nie pisałam. Moim marzeniem, przyznaję szczerze, jest rozkręcić teraz w podobny sposób blog o książkach. Zapraszam czytaczy.)

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Na ratunek...

Boluś jest smutny. Smutny, rozwleczony po łazienkowej podłodze i płaski niczym naleśnik. Obie łapki Bolusińskiego tkwią żałośnie pod pralką.
- Co jest? - pytam.
- Myyyyyszka wpadła... Wyjmij.
Zaglądam. Myszki pod pralką nie ma.
- Nie ma - oznajmiam.
- Jest. No nie widzisz?? Tam, daleko. No wyjmij, noooo...

"A w dali się myszka bieli..." - nucę sobie i myślę, jak ulżyć Bolutkowi w strapieniu. Próbuję ręką - nie sięgnę. Latarka? - zepsuta, muszę gmerać na oślep. Rozpłaszczam się na podłodze niegorzej niż sam Bolusiński. Gorrrrrąco. Dyszę i sapię. Rozsypany wokół kuwety żwirek sprawia, że wyglądam i czuję się jak panierowany krokiet. Pralki nie ruszę. Co tu robić, jak pragnę zdrowia. Wzrok Bolusińskiego przypomina spojrzenie skrzywdzonego jelonka Bambi.
- Masz?? No miej... Co ja zrobię bez mojej JEDYNEJ mysi?
- Nie dramatyzuj, masz jeszcze dwieście innych.
- Ale ja chcę tę, tę właśnie, najukochańszą, najlepszą...

Boluś drobi wokół mojej rozpłaszczonej osoby jak tancereczka, a ja zaczynam traktować rzecz całą ambicjonalnie. W oczkach Bolusia widnieje wyrzut.

- Jesteś człowiekiem, zróbże coś! Ona się D.U.S.I.

Próbuję kijem od szczotki, ale krzywa podłoga sprawia, że kij z jednej strony wchodzi, ale klinuje się z drugiej, jakiś milimetr od duszącej się delikwentki. Boluś drobi. Czas mija. Gorrrrąco. Kot nie odpuści, ja też nie. No żeby człowiek, rzekomo wykształcony, nie potrafił myszy spod pralki wyjąć? Absurd. Potrzebuję czegoś nieco dłuższego i cienkiego... Szczoteczka do zębów Dużego powinna się nadać... Za krótka. Wyjmuję przy jej pomocy jedynie kłąb kurzu, zagubione frotki do włosów i parę spinek.

- Maaaaasz???
- Nie mam, nie poganiajże mnie! Myślę...
- Kiepsko ci idzie. Ona U.M.I.E.R.A.
- Wiem!! Bolusiński! Wiem! Kijek od storczyków będzie idealny.

Lecę, pozbawiam kwiatka podpórki i z miną bohatera wydobywam mysz. Trzymam ją niczym róg obfitości i - oczekuję jakiegokolwiek wyrazu uznania. Błysku radości, czy coś!

- Boluś... Mam myszkę! Mam! Zobacz! Kici-kici!

- Eeee? A na co mi myszka!? Mam takich dwieście. Ten kijek od storczyków to jest zajefajny!!

piątek, 22 lutego 2013

Dzisiaj sobie pośpię...

Dla typowej sowy, czyli osoby, która świetnie funkcjonuje nocą, zaś snem sprawiedliwego przesypia świty i przedpołudnia, każdy dzień jest walką. Świat został podporządkowany narwanym skowronkom, sowa musi się w nim odnaleźć, o każdej dobie niewoląc własną naturę i dlatego - choć kocha swoją pracę, kocha naprawdę - pragnie wolnych dni jak kania dżdżu. Nie, aby spełniać w tym czasie jakieś wysoce szlachetne cele. Nie. Sowa całkowicie prostacko i absolutnie nieszlachetnie chce się wyspać.
Niektóre sowy popełniają jeszcze ten błąd, że idą na studia podyplomowe i o ile społeczeństwo generalnie nie szanuje sowich potrzeb, o tyle podyplomówki są już w ogóle bronią wymierzoną przeciw sowom, mającą na celu chyba całkowite ich wytępienie. Studia podyplomowe bowiem w pewnych (na przykład dwumiesięcznych) okresach nie przewidują w ogóle weekendów. Mało tego - w owym czasie morderczego wstawania wymagają jeszcze, by sowy upodobniły się do dzięciołów i zakuwały ile wlezie, chcąc wygrać z podyplomówką i zdobyć zaświadczenie jej ukończenia.
Sowa posiadająca minimum ambicji zamienia się zatem w owego dzięcioła (choć otoczenie zwykło ją raczej postrzegać jako łosia, jelenia a nawet osła) i kuje. Potem, gdy nadchodzi upragniony czas rozdawania dyplomów myśli sobie: o nie! nie pojawię się w sobotę po dyplom, mowy nie ma, możecie sobie na nim zupę ugotować! Ja się wyspać muszę! Odbiorę w innym terminie! - a jadąc na zasłużone ferie do domku sowa myśli o jednym: borze, o borze szumiący, jak ja się cudownie wyśpię!!!

Takimi właśnie radosnymi przemyśleniami rozkoszowałam się, gdy pociąg mknął, a ja zostawiałam za sobą fatalny okres wiecznego niewyspania, sesję oraz czas, gdy nawet okiem nie rzuciłam w kierunku literatury pięknej. Stęskniona, czytelniczo wygłodniała, przewracałam też kartki nowiutkiego thrillera, upajając się perspektywą czytania sobie do oporu, do bladego świtu, a potem spania, spania, spania...
- Dzień dobry!! Już 5.00, położę się tu obok ciebie i troszkę sobie porozmawiamy, a ty mnie pomiziasz za uszkiem. Tęskniłem, wiesz? Eeeeejjjj, śpiochu?? Bo ci uczeszę grzywkę! No, otwórz oczy! Ooo, tu Duża ma oczka, właśnie tutaj, otwórz, bo ja coś nie mogę... - zachęcał Czesławek, przesuwając łapką po moich powiekach i trącając mnie w policzek.
- Taaaa, dbry ktek... śpim...
- Nie, nie, nie śpimy, rozmawiamy, nie masz nic milszego od takich rozmów o poranku, gdy noc wciąż walczy ze świtem. Przytulę się mocniej. Będzie nam ciepluteńko. Wyglądasz na dziwnie poszarzałą na twarzy. Zrobię ci peeling jęzorkiem. Powinnaś doprawdy zadbać o siebie.
- Czśśś... prsze... jszcze filka... Daj Ani pospać. Bry kotek, brrrrr....
- DZIEŃ DOBRY!!! Ach!! Dzień dobry! Urosłem prawda! Patrz, jak pięknie skaczę z parapetu prawie na sam koniec twego łóżka. Hooooopsa!!!! Hooooopsa!!!! Siuuuuup!!!  Cię kooooocham, trrrrrrrrrr, mmmmrrrrrrrr, Boluś kooooocha... Teraz patrz, jak ja skaczę!
Oj, ależ ty jesteś, ja cię kocham, a ty mnie wyrzucasz. Nie chciałem skoczyć ci na głowę! Każdy popełnia błędy! Oj, nie zamykaj drzwi, Duży nigdy przede mną nie zamyka drz...

6.00.
- yyych, yyych, gryrrrch...
- Czesiu, no wiedziałam, że się udławisz moimi włosami. Już nie chcę być czesana. Nie, dosyć. Zamknij oczka i śpimy. No, śpimy. Dobranoc.

7.00
- Słuchaj, musisz wstać, skoro zapomniałaś tych kluczy. Ja już wychodzę. Zamknij się od środka. Tu zostawiam ci moje. Hallo, "czy konie mnie słyszą"??
- YYYhhy, ju... ta... miłego dnia... zmknę, no mówię, papa. Teraz sobie pośpię. Dwidzenia.

7.15
- Miaaaauuuu! Miaaaaaaaauuuuuu!
- Czego TYM razem?!?
- Duży nie dał jeść. Jesteśmy śmiertelnie głodni! Zapomniał widać.
- Dobrze, idziemy. Proszę. Wciągajcie! Misiu??? Miiii - siuuuu??? Chodź jeść śniadanko. No chodź, dobrusie takie...
- Nie jestem głodny, później sobie zjem.

7.25
- Jestem głodny. Dałabyś mi śniadanko??

7.30
- Bo wiesz, ja jadam w łazience. Przyzwyczaiłem się. A przyzwyczajenie drugą naturą kota...

7.38
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, ale nie lubię tych chrupek. Byłem pewien, że dasz mi mięska...

7.40
- Nie żebym chciał cię znowu zrywać z łóżka, ale ja jadam w zielonej miseczce. Tylko w zielonej. Tak się, rozumiesz, przyzwyczaiłem.

7.45
- Bardzo cię przepraszam, ale tkwiłem w przekonaniu, że w tej puszeczce jest więcej galaretki. Gdybyś zechciała dać mi znowu chrupek.

7.47
- Ale mówiłem w łazience...

7.48
- W zielonej miseczce...

7.50
- I naprawdę nie masz innych chrupeczek?? Znalazła się próbka?! O super! Wiedziałem, że na ciebie można liczyć! Cię kocham, mrauuuuu...

7.51
- Łazienka...

7.53
- W zielonej...

7.55
- Cze! Tu Boluś! Zgłodniałem!!

8.03
- TAAAAAK?!?! Słucham!??! Aaa, poczta... Dobrze, już otwieram.

8.25
- Wracamy do łóżeczka, widocznie pan nie miał dla nas przesyłki tylko szedł do kogoś innego. A czemu do nas dzwoni? Od sześciu lat się zastanawiam. Nie musicie tu stać i czekać. Co, Czesiulku? Kuwetka brudna? Dobrze, posprzątamy.

8.45
 - Halo, to ja. Nie, jednak nie śpię. Szukam szufelki. Gdzie ją położyłeś??  Bolek zrzucił kaktusa, rozniósł po całym mieszkaniu ziemię. Nie chce mi się odkurzać. Teraz zmiotę, a odkurzę, jak sobie pośpię.

9.00
- Tak!? słucham! [grrr...] Nie, nie śpię. Rewelacyjnie się czuję. Tak, możesz wpaść. Jak to za godzinkę?! Już za godzinkę?! Czemu za godzinkę?!?! ... Chciałam sobie dzisiaj pospać...


9.05
- H.A.L.O!!!! [uderza głową w wyimaginowany mur] Cześć, mamuś. Tak, dojechałam. Koty w porządku, wszystko w porządku. No próbowałam spać. Że już późno? Jak to późno? Wcale nie późno. Tak, wiem, że ty nie mogłabyś spać do tej godziny i że pracujesz od czterech, ale ja - szczęśliwie - dziś pracować nie muszę. Nie, nie mam potrzeby robienia gruntownych porządków. Dobrze, nie będę wyłącz telefonu... Tak, dobranoc, to znaczy - do widzenia.

9.15
- Raaaaatunku!!!!! Kobieta mnie bije!!!
- Pola, zostaw Cześka!!

9.30
- Nie chcę być czesany!!! I myty!!! Odwal się!!!
- Bolek, zostaw Misia!!!

9.40
- Cześć Aneczko, tak sobie pomyślałam, że pewnie macie też w szkole przerwę, to zadzwonię! Aaaa, ferie macie! To cudownie! Kiedy się spotkamy?? Rozumiem, Boluś zrzucił storczyka, hihihi, dobra, oddzwoń za chwilkę.

9.50
- Dzień dobry, tu kurier...

10.00
- Witam najserdeczniej, kłania się pani opiekun z banku...

10.05
- Cze siostra! Wpadłem jednak wcześniej. Rób kawuchę! Oj... pokaż no się... Coś bardzo, bardzo źle wyglądasz. Eeee, jutro sobie pośpisz!!!

Następnego dnia:

7.00
- Zabierz koty, zamknij drzwi do sypialni, nie dzwoń pod żadnym pozorem, a jak będą dzwonić do ciebie, to mów, że ja żyję, ale śpię. Śpię do odwołania. Nakarm koty przed wyjściem. Listonoszowi nie otwieram. Paczkowemu też nie. Śpię! Nie ma mnie dla nikogo.

7.10
- Czego?!?!?!?! Przecież szybę w tych drzwiach wybijecie?! No jak pragnę zdrowia, trafi mnie coś zaraz!
- Duży znów nie dał jeść! Zapomniał! Mrrrrauuuuuu... Jesteś naszą jedyną deską ratunku, ostoją, pomocą, otwórz te drzwi, tęsknimy...
- Cze! Tu Boluś! Hopsa-hopsa!! Zobacz, jaką sobie śliczną pelerynkę z woreczka skołowałem. Jak batman! Fajna, c'nie?! Wiesz, ten głupi storczyk znów się wywalił. Jestem równie zaskoczony jak ty...


czwartek, 14 lutego 2013

Całej Polsce czyta kot.

Książki zajmują w mirmiłowskim życiu miejsce szczególne. Przeglądając ostatnio nasze albumy i dokumentując na bieżąco rozwój Bolutka zauważyłam, że także koty znakomicie wpasowały się w nasz najukochańszy trend. Najwięcej czyta Czesio. Jego ulubionym autorem jest James Clavell. Tu Czesławek studiuje "Tai-Pana".


Romantyzm angielski nie jest tym, co Czesia fascynuje najbardziej.


Kreacja głównej bohaterki jest nieprawdopodobna. No jak ona mogła wyjść za takiego łachudrę?!


Odmiennego zdania jest Boluś, który zaczytuje się Philippą Gregory...


... oraz kryminałami.
- Ale numer! Jednak babcia jest mordercą!


Nie wierzę, muszę cofnąć się do fragmentów, które jasno na to wskazywały!



A Miś lubi pozycje naukowe.


Po lekturze przychodzi czas na zadumę i refleksję.






A potem na sen.

Najwłaściwszym prezentem pod choinkę są oczywiście książki...


które można czytać razem z Dużą, w ramach akcji "Cała Polska czyta kotkom":

 Książki niosą zabawę...


... i pomagają budować poczucie własnej wartości.
CZYTAJ  KSIĄŻKI  - BĘDZIESZ WIELKI!


*********************************************

Bardzo wszystkich przepraszam, ale musiałam znów ustawić weryfikację obrazkową przy dodawaniu komentarzy. Skrzynkę mailową mam od miesięcy zapychaną "wiadomościami" od bota. Nie daję już rady tego usuwać. Przykro mi i mam nadzieję, że Was to nie zrazi.
Pozdrowionka.

ps.
Przy okazji tematu książkowego, jak zawsze zapraszam na drugi blog "z kartek szelestem" :)

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Noworocznie...

Kochani,
niech nadchodzący Nowy Rok przyniesie Wam zdrowie, radość i pogodę,
a Waszym Zwierzętom moc energii i doskonałe samopoczucie.